niedziela, 31 maja 2015

Pożegnaje maja




Obłędem kwiatów dyszą noce parne,
Drżą szmernych liści upojne zawroty,
Na niebie zakwitł cud miesiąca złoty,
Zakwitły gwiazdy migotaniem gwarne.

O, rozpleć moje włosy czarne,
Chcę ust pożaru! Miłosnej pieszczoty!
Niechaj mnie spalą ramion twych oploty,
Niech wszystką rozkosz z piersi twojej zgarnę!

Obejmij!...Przytul!...Duszne kwiatów wonie
Swą zdradną siecią serce mi owiły...
Kocham Cię, słuchaj, kocham z całej siły!

Całe nam niebo tęczami zapłonie
I cała ziemia padnie nam w ramiona,
Bezmiarem pieszczot naszych przebudzona!
(Zygmunt Różycki)


Smutno mi, że skończył się najpiękniejszy miesiąc roku... Ostatnia kartka  maja została zerwana w kalendarzu... Nic nie poradzimy na to, że czas tak szybko ucieka... Jutro do drzwi zapuka kolejny miesiąc,  czerwiec... Wczoraj od rana świeciło słońce i w końcu  udało mi się uchwycić co-nieco w kadry...  Zdjęcia są  radośniejsze i przez barwę kwiatów trochę cukierkowate... Sobota była pełna wrażeń... Wstałam jak zwykle, wcześnie rano... Zeszłam do kuchni, spojrzałam w okno... W pierwszej chwili sądziłam, że jeszcze śpię... Nie mogłam uwierzyć w to co widzę, hen daleko na łące ... Szybko chwyciłam za aparat... Niestety, te zdjęcia są słabej jakości... Robione z dalekiej odległości i na dodatek przez szybę... Za sarną podążało małe sarniątko... Z czułością patrzyłam na  zwierzęcą miłość... Sarnia mama pieszczotliwie lizała, karmiła swego maluszka... Cóż to był za rozczulający widok...




Muszę się przyznać, że ogromnie cieszą oczy kwitnące rośliny w ogrodzie... Zachwyca mnie różnorodność i malowniczość wszystkich roślin... Jeżeli mi tylko czas pozwala zatrzymuję się przy każdej, powącham,  każdej szepnę słówko... Jestem pewna, że rośliny mnie słyszą i czują... One wiedzą, że mówię do nich z miłością... Wierzę, że w geście wdzięczności odpłacają mi swym pięknem...






Skierowałam swe kroki do warzywnika... Nie wygląda rewelacyjnie... Z powodu deszczów i chłodu warzywa są dosyć małe... Pod folią pomidory, papryki, sałaty, rzodkiewki nawet dosyć fajne... Cieszę się bo drzewa owocowe w tym roku obdarzą nas sporymi plonami... Widziałam sporo zawiązanych owoców...






Na moment poszłam do Małego Lasku... I wtedy zobaczyłam na gałęzi piękną, rudą wiewiórkę... Na jednej z ławeczek zawsze zostawiam kilka włoskich orzeszków... Zastanawiałam się kto je zjada. Sądziłam, że sójki... Stałam w bezruchu i ciszy... Nie mam pojęcia czy mnie słyszała... Była bardzo zajęta  wyjadaniem orzeszka  ze skorupki.. Mam nadzieję, że Ruda Kitka się zadomowi w Małym Lasku i będę ją spotykała wielokrotnie... Wróciłam do domu po nową porcję orzechów...






Miałam jeszcze trochę wolnego czasu... Postanowiłam chociaż godzinkę pojeździć na rowerze... Lubię to, czerpię z tego radość i przyjemność... Ostatnio byłam tego pozbawiona ponieważ padał codziennie deszcz a poza tym brakowało mi czasu... Miała być tylko godzina jazdy,  wydłużyła się do dwóch... Wracając, w jednym z ogrodów zobaczyłam pawia... Przystanęłam... Takiej okazji nie mogłam przegapić... Zaczęłam robić zdjęcia... Samiec Paw widząc mnie, zaczął rozkładać w wachlarz swój piękny ogon... Zrobiłam mu kilkanaście zdjęć... Kiedy pokazał swój kuper przypomniał mi się wiersz G. Apollinaire: Paw

Kiedy ptak ten ogon roztoczy,
Wznosząc znad ziemi swą ozdobę,
Zdaje się jeszcze bardziej uroczy,
Jednakże tyłek odsłania sobie.






A gdy wróciłam do domu Bellusia spała jak zwykle... Tym razem na nagrzanym balkonie... Zabrałam ją na krótki  spacer po ogrodzie... Niebo zakrywały czarne chmury, z oddali słychać grzmoty, zbliżała się burza...



sobota, 30 maja 2015

Zamek Pszczyński i różaneczniki




Każdy nowy dzień można witać jako łaskę
i szansę na dobro albo zło konieczne...
Dorothy Green





Czwartek, pierwszy dzień na plusie, nareszcie bez deszczu... Niestety, nie było słońca... Nie wyszło zza chmur...  Mimo, że było zamówione... Potrzebowałam chwili relaksu... Około 16-tej pojechałam do Pszczyny... Myślę, że tego miejsca bliżej nie trzeba przedstawiać... Należy bowiem do najpiękniejszych miejscowości Górnego Śląska...  Miasto kojarzone jest  z księżną Daisy von Pless,  z zamkiem i różanecznikami...   Księżna, zwana Stokrotką kochała rośliny a  kwiaty wprost uwielbiała... Ona prawdopodobnie  sprowadziła różaneczniki i azalie do Pszczyny... W ogromnym przyzamkowym parku, na wzór krajobrazowych ogrodów angielskich, posadzono pod drzewami dziesiątki  rododendronów... Wiosną,  miasto  i park zakwita wieloma kolorami różaneczników... Bohaterem dzisiejszego postu jest: Zamek Pszczyński.






Spacer przeważnie  rozpoczynam od zamku... Kiedyś była to warownia obronna...  Później przekształcono ją w reprezentacyjną trójskrzydłową, barokową, elegancką rezydencję... Mody w architekturze też są i następują... Może trochę wolniej ale jednak zataczają koło... Moda dosięgnęła i tej budowli... Zewnętrze elewacje zamku pszczyńskiego zostały ubrane w nowy kostium architektury francuskiej z XVII wieku... Bryłę zamku nakryto potężnymi,  mansardowymi dachami z lukarnami... Budowlę  zwieńczono ośmiometrowym masztem... W czasie pobytu  właścicieli w zamku, wciągano na maszt flagę z ich herbem...






Pszczynę, z lubością odwiedzam kilka razy w roku...  Jestem tutaj przeważnie  WIOSNĄJESIENIĄ ...   Spacer zacienionymi alejkami wśród pięknie utrzymanego parku zawsze sprawia mi ogromną przyjemność... Ławeczki poustawiane są w romantycznych zakątkach, w pobliżu stawów, strumieni,  różaneczników, azali, jaśminów... To prawdziwy raj dla moich zmysłów... Kwitnące w tym czasie rośliny, zieleń mimo braku słońca tworzą przepiękne obrazy; mocne a jednocześnie ulotne...  Komuś mogą wydawać się ponure, mnie zaś jawią się w klimacie trochę poetyckim, być może tajemniczym...  Szkoda, bo za kilka dni tych obrazów już  nie zobaczymy... Powstaną nowe, również bardzo piękne... Muszę kończyć... Zrobiło się czarno, grzmi, na niebie pojawiły się błyskawice... Nadciąga burza i znowu będzie deszcz...





Bardzo dziękuję za odwiedziny i pozostawione komentarze...
Pozdrawiam wszystkich serdecznie...