W środę, 20 września przez chwilę oglądałam jazdę indywidualną na czas mężczyzn w mistrzostwach świata w kolarstwie szosowym, które odbywały się w norweskim mieście Bergen... Podziwiałam i jednocześnie było mi strasznie żal kolarzy bo wyścig odbywał się w ulewnym deszczu, który strugami zalewał ulice miasta... Wróciły moje wspomnienia...
Jadąc drogą nr 7 z Oslo do Bergen mieliśmy cały czas cudowną pogodę... To była niezwykle urzekająca trasa pełna wspaniałych widoków... Miałam cichą nadzieję, że miasto będzie dla nas łaskawe i gdy będziemy go zwiedzać towarzyszyć nam będzie skandynawskie słońce...
Wieczorem zameldowaliśmy się w hostelu Montana... Gdy w środku nocy przebudziłam się, usłyszałam padający deszcz, który uderzał o szyby i dosłownie spływał po nich strumieniami... Nagle zagrzmiało, po chwili błyskawice przecięły niebo i oślepiająco mignęły ponad... Nad miastem rozpętała się prawdziwa burza z błyskawicami i piorunami...
A o poranku, miasto otulała mgła... Po godzinie, może dwóch zaczęła się przeświecać i podnosić się w górę... Zobaczyłam najbliższe otoczenie, lecz dalsze plany zlewały się całkiem z szarym, bezbarwnym niebem... Zaczął padać drobny deszcz... Potem nadciągnęły ciemne chmury... Bergen ma umiarkowany klimat oceaniczny i z tego powodu doświadcza obfitych opadów deszczu we wszystkich porach roku... By tam dojechać należy pokonać wiele tuneli... W jednym z nich były nawet ronda... Może dla kogoś to żadna niespodzianka ale dla mnie, było to niezwykłe zaskoczenie...
Bergen, drugie co do wielkości miasto w Norwegii... Nazywane jest "drewnianym miastem" lub "bramą do fiordów"... Znajduje się na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO... Miasto założył około 1070 roku król Olaf III Spokojny, nazywany również Pokojowy, lub Cichy... Za jego panowania naród Norwegii doświadczył rzadkiego, przedłużonego okresu pokoju... Król był człowiekiem niezwykle szlachetnym i sprawiedliwym...
Bergen do 1299 roku było stolicą Norwegii... W czasie swojej długiej historii było niszczone przez wojny, ale od początku było ważnym centrum handlowym i centralnym portem dla zachodniej Norwegii... Było też miastem najbardziej wysuniętym na północ Ligi Hanzeatyckiej... Ta organizacja kupiecka, nie stroniła od używania oręża w celu pilnowania swoich interesów... I kiedy rada królewska w XIII wieku próbowała ograniczyć potęgę Hanzy, ta odpowiedziała blokadą morską, nie dopuszczając do portu w Bergen transportu zbóż... W końcu doszło do ugody, ale konflikty wciąż istniały...
Na niebie, nad miastem wisiały ciężkie, ołowiane chmury, na domiar złego zaczął padać ulewny deszcz... Dla mnie spacer w taki czas nie należy do przyjemności a tym bardziej do ekscytującej... Nie mogłam wrócić do hostelu i tam gapić się w niebo... Jeszcze tego dnia miałam jechać w kierunku fiordów, bo Bergen jest idealnym punktem startowym do ich poznania...
Ruszyłam w kierunku Vågen, starego portu, wokół którego od XIII wieku rozwijało się miasto... Kręciłam się trochę po urokliwych uliczkach... Zaczynało mocno padać... W tym czasie odwiedziłam bardzo interesujące Muzeum Ligi Hanzeatyckiej... Chciałam je poznać ponieważ przez cztery wieki w Bryggen dominowali hanzeatyccy kupcy... Poszłam w kierunku Engen by zobaczyć wnętrze teatru Den Nationale Scene ... Niestety, w tym dniu odbywała się próba generalna i nie wpuszczano żadnych turystów...
Przez chwilę zatrzymałam się przed dużym pomnikiem Ibsena, który stoi w pobliżu teatru... Rzeźbiarz Nils Raa jakoś kosmicznie przedstawił twarz dramatopisarza norweskiego... Miałam wiele planów na ten dzień... Cieszyłam się na poznanie tego miasta... Chciałam koniecznie zobaczyć dom Edwarda Griega bo lubię jego muzykę połączoną z folklorem norweskim ale deszcz wszystko pokrzyżował... Dojazd tam jest wyjątkowo stromy a w taki czas trochę niebezpieczny...
Byłam trochę zaskoczona brakiem tłumów i rzeszy turystów... Oczywiście, to może być wina pogody, która w taki czas nie rozpieszcza i lepiej przebywać w hotelu... W upalne dni mieszkańcy Bergen tłumnie spędzają miłe chwile na tym skwerze przy rzeźbie "Leżącego Pety" Hansa Meyera... W tym mieście jest wiele pomników, moją uwagę przykuła piękna rzeźba "Matka i dziecko" Gustawa Vigelanda...
Bergen jak każde norweskie miasto jest piękne i bardzo czyste... Jednak z powodu ulewnego deszczu (nie jestem fanką deszczowych dni) nie zakochałam się w tym mieście od pierwszego wrażenia... Na głównym rynku, który jest niewielki, znajduje się targ rybny pełen zgiełku od samego rana... Rybacy codziennie zapełniają stragany łososiem, krabami, krewetkami, mięsem z wieloryba... Można tutaj kupić kanapki z surowymi rybami, mięsem renifera, z kawiorem oraz przeróżne przekąski... Stoły uginają się pod ciężarem śledzi, wędzonych łososi... Można nabyć ryby suszone... Brrr, okropnie śmierdzące... Sprzedawane są kiełbasy z lokalnego mięsa: łosia, renifera, wieloryba oraz jelenia... Z tych wszystkich "pyszności" kupiliśmy jedynie śledzie... Tak pyszne są jedynie w Holandii i w Norwegii... Nawet gdybym dostała 1000 $ nie miałam odwagi aby spróbować tych "egotycznych" specjałów... Nie mogło też zabraknąć brązowego sera Brunost...
Znajdują się również stragany z kwiatami, warzywami i owocami... Nie jestem z tych co spoglądają na ceny a potem do portfela... Ja po prostu nie jem wielu rzeczy i nawet nie próbuję w tym eksperymentować... Owszem, ceny w Norwegi są trochę szokujące... Nie mogłam sobie odmówić pysznego ciastka czy filiżanki wspaniałej kawy... U nas skończył się sezon na truskawki a w Norwegii był szczyt więc je kupowałam mimo zawrotnej ceny... Na początku lipca kosztowały 7 Euro za kilogram...
Spacerowałam wśród drewnianych domków nabrzeża w Bryggen... To są jedne z najpiękniejszych zabudowań portowych na świecie... Zabytkowe domy są prześliczne... Są w kolorach soczystej żółci, pomarańczy, czerwieni a także bieli... Kiedyś były centrum handlu rybami złowionymi na Lofotach...
Dzisiaj są tutaj butiki, sklepy z rękodziełem, puby, kafejki, restauracyjki i muzea historyczne... Te kolorowe domki stały się architektonicznym symbolem Norwegii... Ułożone są w szeregu i oddzielone od siebie bardzo wąziutkimi uliczkami, nad którymi zamykają się dachy sąsiednich budynków... Wiele z nich zniszczyły pożary, ale za każdym razem skrupulatnie je rekonstruowano...
Jednym z najstarszych i najlepiej zachowanych zabytków w mieście jest Twierdza Bergenhaus... Zbudowano ją około 1100 roku i składa się z kilku budowli, w tym z dwupiętrowej, kamiennej wieży Rosenkrantz, która została nieco zmodyfikowana w 1520 roku... Hmm, chcieliśmy podziwiać "Świat z góry", sorry, - Bergen z góry... Tym razem odpuściliśmy.. Wyjazd Fløibanen na wysokość 320 metrów nad miastem nie miał sensu... W deszczową pogodę nie można podziwiać najwspanialszych widoków miasta i jego otoczenia...
Jak zapamiętałam Bergen? jako miasto deszczu, ale i cudownych, kolorowych domków ze spadzistymi dachami, kwiatów i mnóstwa zieleni... Jest niezwykle piękne, pełne uroku, klimatu i co najważniejsze nie ma wysokich blokowisk... Pomimo padającego deszczu, chętnie bym tam jeszcze kiedyś wróciła... Ach, zapomniałam, w lipcu można podziwiać kwiaty wiosny i... lata. Prawda? to zdarza się bardzo rzadko...
Bardzo dziękuję za odwiedziny i pozostawione komentarze...
Ciągle pada, więc życzę pięknych słonecznych, jesiennych dni...
Serdecznie wszystkich pozdrawiam...