niedziela, 7 lutego 2016

Lillehammer, miasteczko u podnóża skoczni narciarskich


Szczęście w życiu nie polega na tym,
żeby być kochanym.
Największym szczęściem jest kochać.
(Sigrid Undset)




Niewielkie  miasteczko  Lillehammer  malowniczo położone  nad  rzeką  Lagen  i  nad  największym  jeziorem Mjøsa  w Norwegii,  w 1994 roku było stolicą Zimowych Igrzysko Olimpijskich... Lillehammer prawa miejskie otrzymało na początku XIX wieku... Jego założycielem był najprawdopodobniej tutejszy sklepikarz...





Główna ulica Storgata to najczęściej niskie, jednorodzinne budynki drewniane, różnego koloru... Właściwie nie wyróżniające się niczym szczególnym... Już po pierwszym dniu pobytu w Norwegii wiedziałam, że nie będzie tutaj architektury typu podhalańskiego czy alpejskiego...  W krajobraz Norwegii, jak i Lillehammer wpisane są charakterystyczne czerwone domy z białymi oknami i nie rzadko białymi okiennicami... W samym sercu miasta, w parku miejskim ozdobionym licznymi rzeźbami, fontannami, pomnikami, kwiatami  przyciąga uwagę  niewielki, neogotycki, protestancki kościół z przylegającym do niego cmentarzem...





Jedna z moich ulubionych pisarek Sigrid Undset mieszkała w  Lillehammer... To świetna okazja by zobaczyć i zwiedzić jej dom... Tutaj pokazano gdzie  żyła i   tworzyła noblistka... Odbyłam krótki spacer po ogrodzie, w kawiarence napiłam się kawy... Niestety, w księgarni nie zrobiłam żadnych zakupów... Sigrid Undset  wyszła za mąż za norweskiego malarza. Mieli trójkę dzieci... Sigrid Undset przeszła na katolicyzm... Małżeństwo zostało rozwiązane,  ponieważ Kościół katolicki nie uznał jego rozwodu z poprzednią żoną...  Sigrid Undset w 1928 roku otrzymała Nagrodę Nobla w dziedzinie literatury... Sigrid Undset od najmniejszych lat interesowała się historią, sagami nordyckimi, malarstwem i botaniką... Umarła w 1949 roku na wylew krwi do mózgu... Została pochowana w pobliskiej wiosce...
I chociaż Undset napisała wiele powieści, to ja,  swojej biblioteczce mam tylko cztery;
- Krystyna córka Lavransa,
- Olaf, syn Auduna,
- Krzak gorejący,
-Katarzyna z Sieny,




Z Lillehammer związana jest piękna legenda o dwóch Birkebeinerach... Saga  o Håkonie opowiada, jak podczas walki pomiędzy królem Sverrem a biskupem Oslo, dwaj zwolennicy króla ocalili życie następcy tronu, dwuletniemu Håkonowi, wykradłszy go przeciwnikom... Ci  szyderczo nazwali swoich wrogów "Birkebeiner" czyli "brzozie nogi" ponieważ nosili brzozowe nagolenniki. Zimą 1205 roku, ta dwójka przebyła przez góry otaczające Lillehammer, w których spędzili prawdopodobnie dwie noce...


Romantyczny obraz przedstawia dwóch zwolenników króla, którzy uginając się pod ciężarem zbroi, jadą na nartach podczas burzy śnieżnej, trzymając małego księcia w ramionach... W Lillehammer odbywa się coroczny bieg upamiętniający to wydarzenie...







Skocznia narciarska znajduje się na zboczu góry...  Na górę można  wyjechać wyciągiem krzesełkowym, ciekawszą alternatywą jest spacer górską ścieżką lub wyjazd  samochodem... W tym czasie  młodzi sportowcy trenowali na deskorolkach ... Co pół godziny droga była przejezdna... Komplet skoczni składa się z dwóch igelitowych obiektów... Skoczni normalnej K - 90 oraz dłuższej K -123, której rekordzistą jest Simon Ammann... Każdy może usiąść na belce startowej i poczuć się jak Adam Małysz...





Mimo mżawki i pochmurnej pogody, miałam ochotę  na spacer po brzozowym lasku i po wonnych, ukwieconych łąkach znajdujących się po przeciwnej stronie skoczni... Pierwszy raz widziałam takie ogromne połacie kwitnących granatowo-niebieskich i różowych łubinów, łany bodziszka, rumianków... W tym kraju na każdym kroku można stanąć oko w oko z dziką przyrodą... I to właśnie ona jest jednym z najważniejszych atutów tego kraju...


czwartek, 4 lutego 2016

Konstanca w pigułce








Czasy się zmieniają i my zmieniamy się wraz z nimi.

Tempora mutantur et nos mutamur in illis.

The times are changing, and we are changing with them.

Owidiusz 






Do Konstancy jechaliśmy z mieszanymi uczuciami... Czytałam wiele nieprzychylnych opinii na temat tego miasta... To było jedyne miejsce gdzie mogliśmy zarezerwować hotel... Nie uśmiechało nam się spanie w samochodzie albo pod gołym niebem, gdzieś na plaży...  Jednak, jak się na miejscu okazało, nasze obawy były bezpodstawne... Konstanca wzbudziła w nas zachwyt... To miasto ma swój klimat... Za kilka lat będzie "małym Paryżem" Europy Wschodniej... 






Hotel okazał się przeuroczy, w małej, spokojnej uliczce bardzo blisko Placu Owidiusza... Jest tutaj XIX- wieczny pomnik Publiusa Ovidiusa Naso...  Owidiusz, najbardziej utalentowany rzymski poeta epoki  cesarza Augusta... W VIII w n.e. został wygnany do rzymskiego Tomis... Do dzisiaj nie ma pewności co było przyczyną, czy intryga polityczna, czy frywolna twórczość... Wszystko wskazuje, że skandal dworski związany z córką Augusta - Julią Młodszą... W niedalekiej odległości znajduje się   WIELKI MECZET  Nad placem dominuje okazały budynek  Muzeum Historyczno- Archeologicznego... Jego interesująca architektura i wieżyczka na dachu od razu przyciąga wzrok... Grzechem byłoby nie wejść do środka... Ileż tam zgromadzono cennych eksponatów, pięknej biżuterii, rzeźb, amfor  z czasów greckich i rzymskich, świadczących o długiej historii Konstancy... W pobliżu placu zaczynają się zabudowania Edificul Mozaic Cu Roman, rozległego kompleksu, którego powierzchnia pokryta jest olbrzymią, kolorową mozaiką... W czasach rzymskich było to centrum handlowe... Obecnie tylko jedna część udostępniona jest do zwiedzania... Miejsce niezwykłe i o bezcennej wartości ale muszę przyznać, że bardzo zaniedbane... Taras górny, szyby zakurzone i  brudne do nieprzyzwoitości... Zero turystów i znudzona kasjerka...






Na szczęście, jeszcze  w wielu miejscach miasta można zobaczyć wykopaliska archeologiczne... Niestety, nie mam pojęcia czego dotyczą ponieważ nie ma żadnych  tabliczek informacyjnych...  W większości, antyczne  ruiny zostały bezmyślnie przykryte współczesną architekturą... To jedno ze stanowisk - które można zobaczyć  przed katedrą ortodoksyjną św. Piotra i Pawła... Wszędzie gdzie dotarli Rzymianie jest posąg z wilczycą kapitolińską...Na jednym z palców także można go zobaczyć... Jadąc do Konstancy zatrzymaliśmy się w winnicy... Zaproponowano nam wino Lacrima lui Ovidiu czyli "Łzy Owidiusza". Dlaczego taka nazwa? poeta nie mogąc wrócić do ojczyzny popadł w depresję i pogrążył się w smutku...   Jak smakuje wino? nie wiemy, czeka na szczególną okazję...






Spacerkiem idziemy w kierunku morza...  Zbliża się wieczór, zachodzące  słońce swymi promieniami ociepla fasady budynków, tworzy niepowtarzalne obrazy... Przysiadam na jednej z ławeczek i obserwuję grę światła i cienia... O zmroku, to miasto nabiera innego charakteru i jakiejś magii...  Po chwili ruszam w kierunku budynku dawnego kasyna,  zbudowanego w stylu francuskiej secesji, Art. Nouveau...






Na przełomie VII i VI wieku w tym miejscu, na skrzyżowaniu kilku szlaków handlowych, Grecy założyli  kolonię Tomis... Ta jednak została podbita przez Rzymian w 71 roku p.n.e. i mianowana na Constantinę nazwę, nadaną na część cesarza Konstantyna Wielkiego...  W XIII wieku zawłaszczyli ją Genueńczycy, a później na dwa wieki znalazła się pod panowaniem tureckim... Starówka w Konstancy ukazała nam piękne oblicze i dlatego jest godna podziwu bo oprócz zabytków, muzeów jest także oazą spokoju... A ciszę można znaleźć w tutejszych parkach gdzie kwitły wspaniałe róże i krzewy albicji jedwabistej... Oczywiście, jest tutaj jeszcze dużo  do zrobienia... Jednak na każdym kroku widać jak wiele budowli zostało odnowione, przywrócono im dawny blask... Mam mnóstwo zdjęć, które czekają na publikację. Pokazanie w jednym poście jest niemożliwe, dzisiaj pokazałam Konstancę w pigułce...