sobota, 5 marca 2016

Wadi Rum, ziemia Beduinów







 
Podróż nie zaczyna się w momencie, kiedy ruszamy w drogę,
i nie kończy, kiedy dotarliśmy do mety.
W rzeczywistości zaczyna się dużo wcześniej  i praktycznie nie kończy się nigdy, 
bo taśma pamięci kręci się w nas dalej,
mimo że fizycznie dawno już nie ruszamy się z miejsca.

(Ryszard Kapuściński)






Nie tylko ja od pewnego czasu jestem spragniona słońca i ciepła...   Wracam wspomnieniami  do miejsc, gdzie  czułam się jak ryba w wodzie... Pragnę byście zakosztowali  innego świata... Będzie to kraina dzikości i surowości krajobrazu, trochę nieprzyjazna człowiekowi... Kraina gdzie widoki są wyjątkowe, i na bardzo długo zapadają w pamięci...  Zabieram Was tam,  gdzie brakuje zieleni, kwiatów, drzew, miejsca nieprzyjaznego dla Europejczyka ale bardzo pociągającego i frapującego... Od pewnego czasu marzyłam by tutaj dotrzeć... 

W końcu znalazłam się w zaczarowanej krainie przepełnionej słońcem... Nie polecam jej latem bo temperatury są ekstremalne ale  wiosną dochodzą tylko do +38 st.C...  Tym niezwykłym miejscem położonym na południu Jordanii, niedaleko Aqaby jest Wadi Rum...  Bardzo często nazywane Doliną Księżycową...  Niewielka pustynia a takie zjawiskowe miejsce, które przyciąga swoją surowością, tajemniczością, niezwykłością krajobrazów zapierających dech w piersiach... 






 Pustynia Wadi Rum powstała w wyniku trwających miliony lat procesów klimatycznych i geologicznych... I to co stworzyła natura całkowicie mnie  oczarowało... Proszę mi wierzyć,  dobre kilka minut stałam z otwartymi ustami i zachwycałam się pięknem krajobrazu... Widziałam Saharę, pustynię Syryjską, Będkowską, na Synaju, wszystkie są wyjątkowe ale z Wadi Rum nie mogą się równać...

 Wokoło piaszczysty, pomarańczowo-rudy teren, z którego wyrastają  czerwone, nieforemne, wprost dziwne skały piaskowca... Wznoszą się na trzysta, czterysta metrów w górę... Mają niezwykłe kształty, od pory dnia  mienią się innymi kolorami... Zdjęłam buty, poczułam pod stopami ciepło nagrzanego piasku... Był gorący, drobny i miękki jak mąka... Jego ziarenka lśniły w słońcu, pył unosił się w powietrzu...  Fascynują  mnie pustynne krajobrazy z resztkami roślinności... Aż trudno uwierzyć, że to wszystko stworzyła matka - natura...

Przysiadłam na skale i patrzyłam przed siebie... Mam wrażenie, że Wadi Rum nie ma ani początku ani końca... Hen daleko, dostrzegłam  z wolna opadający kurz i majaczące się sylwetki ludzi pustyni na wielbłądach...






Beduini, mieszkańcy pustyni... Tylko nieliczni prowadzą rzeczywiście koczowniczy tryb życia... Ci, którzy pozostali wierni tradycji, zatrzymują się przez kilka miesięcy w jednym miejscu i wypasają stada kóz, owiec  czy wielbłądów... Nietrudno natknąć się na ich czarne namioty z kozich skór... Czasem stoją pojedynczo, czasem obok dwóch lub trzech innych... Są rozrzucone na całym obszarze Wadi Rum... Większość tych, którzy mieszkają na pustyni, nosi tradycyjny strój... Tutaj na pustyni Beduina widzimy z wielbłądem - kiedyś najlepszym przyjacielem... Teraz często jego rolę przejmuje półciężarowy land-rover czy toyota...






Poszarpane skały i dziwaczne formacje wyglądają jak z filmu science fiction... W Wadi Rum były kręcone sceny Marsjanina... Straszliwa burza piaskowa sprawia, że marsjańska ekspedycja, ratuje się ucieczką z Czerwonej Planety... Być może dlatego Wadi Rum porównywana jest od tego czasu do Marsa... Nie jestem zaskoczona, że ta niezwykła pustynia została wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO... Jej piękno urzeka każdego, kto ją zobaczy... Dla mnie to ogromna radość i zadowolenie z przebywania na tej pustyni i obcowania z czymś tak niezwykłym...







Wadi? cóż to jest?  sucha dolina na obszarze pustynnym, czasem o długości nawet do kilkuset kilometrów... Modelowana przez epizodyczne rzeki płynące po sporadycznych ale bardzo obfitych opadach... Spotkanie z Wadi Rum, to jakby podróż do innego świata... Magicznego świata... Czas szybko mija... Jeepy czekają...  Za chwilę zajdzie słońce... Dla nas kończy się piękny spektakl...  Musimy opuścić pustynię i wrócić do hotelu... Marzę by jeszcze raz tutaj wrócić, czy spełni się moje marzenie?  Nie mam najmniejszego pojęcia...  A tymczasem,  do zobaczenia, Wadi Rum...







czwartek, 3 marca 2016

Park Miejski - Parco Ciani w Lugano












Za oknem szaro i deszczowo... Marzy mi się prawdziwa, słoneczna wiosna, ale cóż... na nią przyjdzie mi poczekać jeszcze kilkanaście dni... Zatem z wielką chęcią wracam do sierpniowych wspomnień i spaceru po Parco Ciani w Lugano... Ten park to płuca maista, nad brzegami Ceresio... Na zacienionym obszarze o powierzchni 63 tys m², znajdują się zacienione ścieżki pod stuletnimi drzewami, między rabatkami z kwiatami, zielonymi łąkami... Posągi i fontanny upiększają to miejsce... 






W niewielkiej  odległości od  tętniącego  życiem  centrum  Lugano  znajduje  się  Parco  Ciani...  Miejsce  wyjątkowe,  pełne  fascynacji,  zjawiskowych  krajobrazów  i panującej  ciszy,  którą  zakłóca  jedynie  śpiew  ptaków...  Idąc  promenadą  mijamy  pomnik  bohatera szwajcarskiego Wilhelma Tella... Przypuszczam, że niemal każdy zna tę scenę, ojciec naciąga cięciwę, sprawdza wiatr, celuje i wypuszcza bełt... Strzała przeszywa czerwone, jesienne jabłko, które znajdowało się na głowie syna Wilhelma Tella ...






W pierwszej połowie XIX wieku ten park założyli  bracia Giacomo i Filippo Ciani, kupcy i bankierzy z Mediolanu... Tutaj zbudowali Villę Ciani... Obecnie mieści się w niej Muzeum... Na początku XX wieku  miasto Lugano odkupiło park od spadkobierców... Spacerując alejkami, co rusz  podziwiam stuletnie, egzotyczne drzewa, fontanny, dziwaczne rzeźby... Co krok napotykam oazę zieloności z poukrywanymi zakątkami i ławeczkami do odpoczynku... Przysiadam, wdycham zapach kwiatów i zachwycam się pięknem tego miejsca...






W jednej z alejek jest rzeźba La Desolazione ( Spustoszenie, Pustkowie) wykonana przez XIX wiecznego rzeźbiarza szwajcarskiego Vincenzo Vela... Rzeźba bardzo realistycznie pokazuje uczucie bólu i ludzką niemożność zaakceptowania śmierci...  Patrząc na kobietę, mam wrażenie, że nagle skoczy z fotela z krzykiem rozpaczy...  W innym miejscu można zobaczyć rzeźbę  Igora Mitoraja "Erosa Bendato", bardzo podobną do tej w Krakowie koło Wieży Ratuszowej... Myślę, że o każdej porze roku park wygląda inaczej i też bardzo ciekawie... Sierpniową porą na klombach kwitną hortensje o ogromnych kwiatach, delikatne gaury,  czerwone begonie,  różowe  zawilce japońskie, akanty... Gdzieniegdzie są jeszcze widoczne  fioletowe glicynie... Bardzo żałuję, że nie przyjechałam wiosną... Mogłabym podziwiać kwitnące kamelie i magnolie z których słynie Lugano...  Park jest zadbany, świetnie utrzymany... Są kawiarenki gdzie można wypić pyszną kawę, zjeść ciasto, pyszne lody...






Tutejszy śródziemnomorski klimat sprawił, że posadzono wiele subtropikalnych roślin... "Brama donikąd" zwana Bramą Miłości jest oblegana przez turystów różnych nacji często egzotycznych... Każdy chciał przy niej zrobić sobie zdjęcie...  Czekałam dłuższą chwilę na moment, gdy przy niej nie będzie nikogo... Urokliwe jezioro przyciągało do siebie nie tylko ludzi ale kaczki, łyski i łabędzie...
Mimo nie niezbyt pięknej pogody, park zachwycił mnie swoją urodą i pobyt miło wspominam...






Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...