niedziela, 4 maja 2014

Niedziela, ostatni dzień długiego weekendu...

         
                        

Ślepa jestem. Oślepiona majem.
Nic nie wiem, prócz tego, że pachną bzy.
I ustami tylko poznaję,
żeś to nie ty...

(Maria Pawlikowska-Jasnorzewska)


Przyznaję szczerze, że bardzo czekałam na długi, majowy weekend... Czekałam, ale niestety tym razem się przeliczyłam... Przez trzy dni było szaro, pochmurno, padał deszcz, wiał wiatr i temperatury spadły do + 9 st.C. Napłynęła fala arktycznego zimna... Taka pogoda uziemiła mnie w domu... Dzisiaj, chociaż jest niedziela wstałam przed szóstą rano... Chodzimy do kościoła, na pierwszą Mszę św. o godzinie siódmej... Weszłam do drugiego pokoju i oniemiałam z wrażenia.... Świeciło słońce i niebo było błękitne... Zeszłam na dół do kuchni. Utwierdziłam się w przekonaniu, że  dzisiaj będzie słoneczna pogoda... W każdym pomieszczeniu było za sprawą słońca bardzo radośnie, wesoło...





W pewnym momencie podeszłam do okna... Hen daleko,  zobaczyłam moje ulubione bażanty... Musiałam im zrobić zdjęcie... Na tle soczystej trawy wyglądały bardzo kolorowo, i niezwykle uroczo... Około dziewiątej wyszłam do ogrodu... Było lodowate zimno... To nic. Najważniejsze, że świeciło słońce, wszędzie było słychać śpiew ptaków... One również cieszyły się ze słonecznej pogody.... Mamy już maj... Mimo zimna, rozkoszowałam się tym najpiękniejszym miesiącem w roku... Podziwiałam jeszcze  kwitnące gdzieniegdzie grusze i późne jabłonie... Patrzyłam ze zdumieniem na kwitnące pod stopami mlecze i stokrotki. Swoimi kolorami przepięknie ozdabiają trawnik... Ponoć to chwasty, ja ich jednak nie wyrywam... Odwrotnie, one  cieszą moje oczy... Zrywałam gałęzie bzu... Przyozdobiłam nim, niemal cały dom...




Kończą swe kwitnienie moje ulubione tulipany... Teraz trochę żałuję, że nie pokazałam ich na blogu kiedy były w pełnej krasie... Pojawiły się nowe rośliny. Kwitną powojniki, moje ukochane niebieskie kamasje, niezapominajki... i uwielbiane bzy. Zachwyca mnie każdy krzak... Podziwiam  odcienie fioletu, bardzo delikatny odcień niebieskiego i kremowa biel... Przyciągam kiście do siebie i upajam się cudownym zapachem... Przymykam oczy i marzę aby pójść Aleją bzów...

Kiedy niebo lazurowe
Kryształową świeci głębią,
Tam, gdzie bujne bzy liliowe
Niby siną mgłą się kłębią,
Chciałabym ja iść...

Szłabym w słońcu złotej toni,
W złotej pyłów zawierusze,
Słuchająca bzowej woni,
W bzów patrząca pióropusze,
W ich skłębioną kiść...

Wtedy mnie by się wydało,
Że słonecznych skier zawieje
Pochłonęły mnie już całą!
Że ja w bezmiar olbrzymieję
Pozłocistą mgłą,

Że już krążę w złotym pyle,
Że się wtapiam w woń i słońce,
Ginąc w woni jak motyle
Oszalałe i mdlejące,
Co z rozkoszy mrą... 

(Bronisława Ostrowska)

Swoje kroki kieruję do warzywnika... Właściwie to do małego tunelu foliowego... Dzisiaj w nocy było - 3 st. C. Mam nadzieję, że płonące wkłady do zniczy ochroniły rośliny i przymrozek nie zniszczył pelargonii i krzaczków pomidorów... Wszystko w porządku... Nic nie zmarzło.



Przyjechali nasi przyjaciele... Jest troszeczkę zimno ale to nic...Wszystkim dopisują humory i to jest najważniejsze... Dopiero dzisiaj urządzamy małe grilowanie i pieczenie nowych ziemniaków... Apetyty dopisują... Wszyscy są bardzo głodni... wiedząc o grillowaniu nikt nie gotował niedzielnego obiadu
A kiedy wróciliśmy do domu, wszędzie unosił się delikatny zapach bzów... Oj, bzy przecudownie pachną jak najwspanialsze perfumy... Szkoda, że tak krótko kwitną... Dlatego rano zerwałam ich całe naręcze  i wypełniłam nimi wszystkie wazony...





Bardzo dziękuję za odwiedziny i pozostawione komentarze...
Życzę miłego, ciepłego i słonecznego tygodnia...
Pozdrawiam wszystkich bardzo serdecznie...


piątek, 2 maja 2014

Stirling o wschodzie słońca...

  
     







                     



Piękna twarz szczęśliwej kiszki
wśród puddingów tylko błyszczy
Wielbią ją wybredne pyski,
lagę siekaną.
Flak w jelicie dymi wszystkim,
długi jak ramię...
Gdy serwują haggis, mocniej
depcze ziemię człowiek Szkocji !
Zaciśniętym mieczem w pięści
wrota tnie ostrym !
Ręce, nogi, głowy w części !
Lecą, jak osty !

Oda do haggis  Robert Burns
tłum. Ewa Bieńczycka





Stirling jedno z najbardziej zabytkowych miasteczek w samym sercu Szkocji... Niewielkie, ale pełne ludowych podań, przypowieści i urokliwej przyrody... Przepojone  przede wszystkim historią o niepodległość kraju... 26 sierpnia 1786 roku w drodze do Inverness w hotelu The Golden Lion zatrzymuje się Robert Burns największy szkocki poeta ... Prawdopodobnie w tutejszym hotelu napisał wiersz. Gdzie? na... ramie okiennej.
Mamy szczęście. Znajdujemy miejsce  w tym bardzo przyjemnym hotelu... Rano budzą nas dziwne dźwięki dochodzące z ulicy... Sprawcą całego zamieszania okazują się tupiące i skrzeczące mewy...W poszukiwaniu pożywienia starają się dobrać do pojemników, czyniąc ogromny hałas...







Schodzę na śniadanie... Ja zwykle mnóstwo jedzenia... Tradycyjne śniadanie składa się z jajek sadzonych, smażonego bekonu, kiełbasek, pieczarek, grillowanego pomidora, duszonej fasolki, owsianki lub płatków owsianych z mlekiem i oczywiście słynnego szkockiego haggisa... Haggis to rodzaj kaszanki... Przyrządza się go z podrobów; serca, wątroby, cebuli, mąki owsianej... Wyjątkowego smaku i aromatu nadają mu przyprawy i zioła... To wszystko zaszywa się w owczym żołądku i dusi... Aby poczuć ducha regionu i jego mieszkańców próbowałam spożywać to co autochtoni... Przyszedł czas na haggis, narodowy specjał Szkotów... Miałam duże opory ale okazało się, że jest pyszny... Nawet żałowałam, że tak późno skusiłam się na jego próbowanie...







Było wcześnie rano... Stare Miasto jeszcze spało... Wszędzie pustki, nikogo na ulicach... Pierwsze promienie wschodzącego słońca rozświetlają fasady budynków... Po chwili docierają w głąb uliczek... Zachwycający, bajkowy widok ukazał się moim oczom...
Spaceruję uliczkami i czuję powiew bardzo długiej i burzliwej historii... Budynki są przeważnie trzykondygnacyjne i mają ciekawe wykusze. Przy oknach i drzwiach interesujące wykończenia... Nie przemykam brukowanymi uliczkami. Spaceruję powoli z zadartą głową. Podziwiam wszystkie kolory nieba... Fasady domów wykonane są z czerwonego piaskowca. Kamienie ukazują oryginalne, subtelne odcienie... Kolejnym zaskoczeniem jest Budleja Dawida. W każdej szczelinie, zagłębieniu wyrasta ta piękna roślina, ulubienica motyli... Niesamowity widok...Spotykam ją wszędzie. Mam wrażenie, że jest tutaj chwastem. Hmm... A w naszym klimacie tak bardzo zabiegamy o jej względy...







Wg legendy właśnie w Stirling  znajdowała się jedna z rezydencji króla Artura... Od VII wieku okolice  były pod kontrolą Piktów... To oni wraz ze Szkotami utworzyli wspólne państwo... Na stożku wulkanicznym powstaje twierdza obronna a u podnóża wzgórza rozwinęła się osada, która w XII wieku staje się miastem królewskim... Zamek staje się ulubioną rezydencją Stuartów... Tutaj chrzczono i koronowano królowe i królów Królestwa Szkocji..
Stirling jest bardzo malowniczym  miasteczkiem... Jednak w historii Szkocji odegrało znaczącą rolę... Było świadkiem niezliczonych bitew i oblężeń ... Zbudowane nad rzeką Forth... Często nazywane jest "bramą do Highlands"... Zabytki Stirling przedstawię w innym poście...







Bardzo dziękuję za odwiedziny i pozostawione komentarze...
Pragnę wszystkich przeprosić, że mało bywam na Waszych blogach. Ostatnio jestem bardzo zajęta. Tak będzie jeszcze przez tydzień...
Życzę miłego, słonecznego weekendu...
Pozdrawiam wszystkich bardzo serdecznie...


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...