poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Ruiny niewielkiego zameczku w Bydlinie



Szlak Orlich Gniazd to wyjątkowe miejsce...  Z jednej strony zadziwia naturalnością i wspaniałą przyrodą a z drugiej,  fascynującą podróżą przez czternastowieczne fortyfikacje...  Ruiny warowni zachwycają swym  położeniem na wyniosłych wzgórzach i wśród malowniczych, wapiennych ostańców... Większość tutejszych obiektów jest bardzo popularna i określana mianem Orlich Gniazd...  Są jednak takie, które zdają się być zapomniane bądź nieznane...  Pewnego wiosennego dnia po raz kolejny  wybrałam się na Jurę Krakowsko - Częstochowską... Pogoda tego dnia  zachęcała raczej do pozostania w domu... Jako osoba "zakręcona" na punkcie zamków, mimo wszystko postanowiłam  zobaczyć nieznane mi dotąd,  ruiny średniowiecznego zameczku w Bydlinie... Ta niewielka wieś,  położona jest  na skraju śląskich lasów w powiecie olkuskim... W  północnej części Bydlina jest cmentarz miejski a obok niego parking...  Dojście do ruin jest dobrze oznakowane i prowadzi leśnym duktem... Nie jest daleko, może 200 metrów...   Na szczęście, mżawka przestała siąpić i nastąpiły przejaśnienia... 






Na niezbyt wyniosłym, leśnym wzgórzu wznoszą się niewielkie, postrzępione jakieś dziwne ruiny z wapienia...  Od razu widać, że fragmenty murów zostały odrestaurowane... Miałam jednak wrażenie, że zatraciły swoją dawność i tajemniczość... Od razu byłam przekonana, że wyglądają jakoś dziwnie, nienaturalnie... Zameczek w Bydlinie powstał prawdopodobnie na początku XIV wieku... Wg informacji z tablicy znajdującej się na parkingu, pierwotnie budowla składała się z wieży obronnej, budynku mieszkalnego trzykondygnacyjnego i dziedzińca... To co po niej pozostało, ma kształt prostokąta...   Zewnętrzne mury zamku z trzech stron otaczała fosa i kamienno-ziemny wał... Obserwując roślinność porastającą  teren od strony północnej, wszystko wskazuje na niegdysiejsze bagna...






Niemal wszystkie zamki warowne na Szlaku Orlich Gniazd, wzniesiono na niedostępnych wapiennych wzgórzach... Ich zadaniem było strzec granic Królestwa Polskiego przed najazdem Czechów od strony Śląska... Warownia w Bydlinie w XIV wieku należała do jednego z nieślubnych synów Kazimierza Wielkiego... Kto był jej budowniczym? być może ród Toporczyków, a może rycerz Niemierza herbu Strzała?  Nadal nie wiadomo... Budowla  na przestrzeni wieków przechodziła burzliwe dzieje...





 Obchodzę całą budowlę dookoła... W narożach zamek jest wsparty ukośnymi przyporami... Grubość ścian dochodzi do 2 metrów... A co do jego historii... Miał dwudziestu właścicieli... W XVI wieku przeszedł na własność Bonerów, potem Firlejów... Jan Firlej zamienił zamek na kościół... Potem oddał go zborowi ariańskiemu... Syn Jana oddał kościół katolikom... W końcu zniszczyli go Szwedzi... Budowla podupadała i coraz bardziej niszczała... Mury obronne rozbierane były przez okolicznych mieszkańców... Zamek ostatecznie uległ ruinie... To co zobaczyłam, nie powaliło mnie na kolana... Jak pewnie o tym wiecie, zazwyczaj z moich ust, co chwilę wydobywają się znamienne ochy i achy... Tym razem ich nie było... Ze względu na burzliwą historię tego miejsca, mimo wszystko, warto było tu przyjechać i zobaczyć co jeszcze zostało z  dawnej świetności tego zamku...




piątek, 21 kwietnia 2017

Malownicza Zatoka Vathi






Kto nie ma doświadczenia, wie mało,
a ten, kto podróżował, wzbogacił swą roztropność.
Wiele widziałem  w moich podróżach
i więcej wiem, niż wypowiedzieć potrafię.
(Syr. 34,11)






Oczywiście, w czasie podróży nie samym zwiedzaniem  żyje człowiek... Postanowiliśmy zrobić sobie dwa dni przyjemnego leniuchowania... Zatrzymujemy się w Lakonii pobliżu Gythion, w wiosce Vathy...Ta urocza niewielka miejscowość położona jest nad Zatoką Vathi na Peloponezie... Lakonia bajkowa kraina na terenie której są  piękne ale i wymagające góry, suche doliny
i wspaniała przyroda... Mam wrażenie, że jest to dziewiczy region... Jest maj... Jeszcze nie zaczął się letni sezon turystyczny.... Hotele  pozamykane  na cztery spusty... Cudowne miejsce... Zero turystów, spokój, plaża, cieplutki zefirek, pocztówkowe niebo, czyste powietrze,  cisza... Po jednej stronie zatoki są góry,  po drugiej zjawiskowe morze i rafa... Woda płytka i bardzo ciepła... Przecudowne krajobrazy, wspaniała roślinność i prawdopodobnie trochę dalej od brzegu na głębszych wodach, pojawiające się delfiny... Przypuszczalnie, przy odrobinie szczęścia można je zobaczyć... Nie nastawiałam się na ich widok ponieważ widziałam kilka razy te piękne zwierzęta, więc udało mi się nimi nacieszyć...






Jak już wspominałam, jest to górzysta kraina, z najwyższym szczytem Tajget, o wysokości 2407 m n.p.m. ... Prawdziwym bogactwem Peloponezu są przepiękne, naturalne krajobrazy... Linia brzegowa Lakonii jest mocno poszarpana... Występują tutaj półwyspy Mani i Lakoński... Lakonia jest jednym z niewielu regionów,  w którym przyroda jest   w nienaruszonym stanie... Naturalne piękno jest  tutaj na wyciągnięcie ręki...






W maju Grecja wygląda fascynująco... Cudownie wyglądają gaje pomarańczowe... Na drzewach i pod nimi jest mnóstwo dojrzałych, soczystych pomarańczy... Zaskoczyły mnie jednocześnie zielone owoce i  kwiaty, które przepajają powietrze swym słodkim, upojnym, intensywnym, właściwie to trochę ponętnym  zapachem, nieco podobnym do jaśminu nagrzanego słońcem... Mogłabym godzinami spacerować między tymi  drzewami bo ten zapach ma silne właściwości antydepresyjne... Tak, tak... To naturalne remedium na stres... Pierwsze uprawy pomarańczy w Indiach  datowane są na 7 tysięcy lat temu...
W Chinach uprawiano je  2,5 tys. lat temu i to właśnie stamtąd dotarły do Europy, do krajów śródziemnomorskich...






Bogactwo greckiej flory jest niezwykłe... Nie umiałam przejść obojętnie obok barwnych kobierców pięknych kwiatów a szczególnie, czerwonych maków... Greckie kwiaty mają inny odcień czerwieni... Dla mnie ciekawostką były żółte maki...  Drzewa uginały się od żółtych owoców nieśplika japońskiego, dorodnych owoców morwy, mandarynek, pomarańczy i cytryn... W tym czasie na gałęziach  widać niedojrzałe figi, pistacje, pigwy, morele, brzoskwinie...  Gdy tak spacerowałam, miałam wrażenie, że znalazłam się w bezkresnym ogrodzie skalnym, z rześkim powietrzem przesyconym różnorodnymi zapachami ziół
w tym; rozmarynu,  tymianku, szałwii, cząbru, mięty...






Zaraz po śniadaniu, zaopatrzeni w kawę, wodę, kanapki  i oczywiście w pomarańcze ruszaliśmy na wielokilometrowe spacery wśród gajów pomarańczowych, oliwnych i lasów sosnowych ... Cały czas  roznosił się intensywny zapach kwitnących roślin... Zauroczona przepiękną scenerią i  kwiatami zatrzymywałam się co chwilę by zrobić zdjęcia...  Kiedyś przyjdzie taki czas, że przedstawię trasy naszych wędrówek... Czas biegł nieubłaganie... Trochę utrudzeni, wracaliśmy godzinę przed obiadokolacją aby zdążyć na rozluźniająca  kąpiel w ciepłym morzu... Nie ma lepszego sposobu na relaks po męczącym dniu niż taka kąpiel...  Potem szybki prysznic i zgłodniali pędziliśmy na kolację...







Bardzo dziękuję za odwiedziny i pozostawione komentarze...
Życzę miłego, ciepłego weekendu...
Serdecznie wszystkich pozdrawiam...